JANE PORTER
LONDYN | NIEMAL DWADZIEŚCIA DESZCZOWYCH WIOSEN | UCIEKA PRZED ZNANYM
Była drobną, dobrze wychowaną blondynką i w efekcie żyło jej się w Londynie dobrze, łatwo. Jako pozorne uosobienie wszystkiego, o czym wypada marzyć każdemu brytyjskiemu kawalerowi, Jane Porter była niemal nieustannie obiektem zainteresowania. Znała łacinę, francuski, umiała pięknie mówić i często wykazywała się zaskakującym dla słuchaczy poczuciem humoru. Zaręczyny były tylko i wyłącznie kwestią czasu, ale jeśli ona sama miała mieć w temacie coś do powiedzenia to potrzebowała jeszcze roku, czy dwóch, żeby żyć, na zewnątrz, nie w złotej klatce. Jane miała głowę pełną niemożliwych scenariuszy i odległych miejsc, toteż nie było opcji, nie było możliwości, żeby ojciec nie pozwolił jej towarzyszyć w swojej następnej podróży.
Matka zmarła przy porodzie, pan profesor nieustannie badał najdalsze zakątki świata, toteż w efekcie panienka Jane została wychowana przez niezliczoną ilość niań oraz ciotek, które zwykły machać głową z niedowierzaniem i załamywać ręce, widząc rozbrykaną Porter biegającą na boso w podartej spódnicy. Już jako dziewczynka miała ciekawską naturę. Lubiła doświadczać, dotykać, smakować, czuć pełnią zmysłów, co nie do końca godziło się z wizją rodziny, ale czego właściwie można było się spodziewać po córce Jasia Wędrowniczka? Gdy Archimedes Q. Porter wracał, Jane mogła godzinami, godzinami słuchać o jego odkryciach, przeżyciach i tym sposobem nigdy nie czuła się osierocona, samotna. Kiedyś i Ty zobaczysz dżunglę, moja mała Jane...
Lato spędzała na wsi i to tam, z książką w ręku, w swoje dziewiętnaste urodziny usłyszała plotki o nowym adoratorze, spadkobiercy Banku Anglii. Nic jej tak nie przerażało jak wizja natychmiastowego ślubu, siedzenia w domu, rodzenia dzieci i wduszania im do głowy tej samej wiedzy, którą wcześniej usiłowano wdusić jej, z jakimś tam sukcesem, przez tyle lat. Było coś w oddali, w miesiącach poza domem, w lasach, trawie, nieokrzesanych zwierzętach, co zawsze jej imponowało, co sprawiało, że Anglia wydawała się pusta, niewystarczająca. Z uśmiechem przyznała, że niestety, ale tym razem towarzyszy ojcu. Gdy wróci, to wszystko się poukłada. Ale jeszcze nie teraz. Świat stał otworem, walizki na pokładzie- była gotowa odkrywać, mimo że damom nie przystoi.
LONDYN | NIEMAL DWADZIEŚCIA DESZCZOWYCH WIOSEN | UCIEKA PRZED ZNANYM
Była drobną, dobrze wychowaną blondynką i w efekcie żyło jej się w Londynie dobrze, łatwo. Jako pozorne uosobienie wszystkiego, o czym wypada marzyć każdemu brytyjskiemu kawalerowi, Jane Porter była niemal nieustannie obiektem zainteresowania. Znała łacinę, francuski, umiała pięknie mówić i często wykazywała się zaskakującym dla słuchaczy poczuciem humoru. Zaręczyny były tylko i wyłącznie kwestią czasu, ale jeśli ona sama miała mieć w temacie coś do powiedzenia to potrzebowała jeszcze roku, czy dwóch, żeby żyć, na zewnątrz, nie w złotej klatce. Jane miała głowę pełną niemożliwych scenariuszy i odległych miejsc, toteż nie było opcji, nie było możliwości, żeby ojciec nie pozwolił jej towarzyszyć w swojej następnej podróży.
Była uparta, mimo że panienkom nie wypada. Prawdziwy z niej osioł, tak podsumowywały ją ciotki. Jej delikatna aparycja sprawiała, że drobny uśmiech, trzepnięcie rzęsami często wystarczały, by pozwolono jej na coś, czego teoretycznie nie było jej wolno. Eksponat A: nie wypada rozmawiać z obcymi, więc pod żadnym pozorem nie ma tego robić. Etykieta wymaga formalnego przedstawienia przez znajomego, toteż teoretycznie tylko przez formalne przedstawienie przez znajomego można poznać Jane Porter. O, ale ona tak bardzo chce dać się poznać! Chodzi po Londynie, w drogich butach, drogich ubraniach i marzy o tym, żeby nie dostawać zaproszeń na bankiety z najbogatszymi ludźmi w stolicy, więc rozmawia, zaczepia i próbuje zapomnieć o śmiesznych tytułach, czy pozycjach społecznych, które przecież i tak w zasadzie nic nie znaczą. Nie w tropikalnym lesie.
Nigdy nie doświadczyła jakiegokolwiek dyskomfortu, toteż podróż była swego rodzaju szokiem dla jej ciała i duszy. Nie mniej jednak w niewygodzie znalazła coś więcej niż niezadowolenie- znalazła wolność i jej konsekwencję. Gdy tylko zobaczyła ląd, gęsty las równikowy, poczuła na skórze gorące powietrze, odkryła radość jakiej nie doświadczyła przedtem na Wyspach Brytyjskich. Z niedowierzaniem spojrzała raz jeszcze na swoje bagaże. Po co jej te gorsety? Po co suknie? Zaciskając dłonie na notatniku, z szerokim uśmiechem i łzami w oczach weszła na ląd. Temperament wojownika w satynowej płachcie. Dotarła do Afryki.

