czwartek, 9 maja 2019

Oh Jane, you're playin' a game

JANE PORTER
LONDYN | NIEMAL DWADZIEŚCIA DESZCZOWYCH WIOSEN | UCIEKA PRZED ZNANYM

Była drobną, dobrze wychowaną blondynką i w efekcie żyło jej się w Londynie dobrze, łatwo. Jako pozorne uosobienie wszystkiego, o czym wypada marzyć każdemu brytyjskiemu kawalerowi, Jane Porter była niemal nieustannie obiektem zainteresowania. Znała łacinę, francuski, umiała pięknie mówić i często wykazywała się zaskakującym dla słuchaczy poczuciem humoru. Zaręczyny były tylko i wyłącznie kwestią czasu, ale jeśli ona sama miała mieć w temacie coś do powiedzenia to potrzebowała jeszcze roku, czy dwóch, żeby żyć, na zewnątrz, nie w złotej klatce. Jane miała głowę pełną niemożliwych scenariuszy i odległych miejsc, toteż nie było opcji, nie było możliwości, żeby ojciec nie pozwolił jej towarzyszyć w swojej następnej podróży. 

Matka zmarła przy porodzie, pan profesor nieustannie badał najdalsze zakątki świata, toteż w efekcie panienka Jane została wychowana przez niezliczoną ilość niań oraz ciotek, które zwykły machać głową z niedowierzaniem i załamywać ręce, widząc rozbrykaną Porter biegającą na boso w podartej spódnicy. Już jako dziewczynka miała ciekawską naturę. Lubiła doświadczać, dotykać, smakować, czuć pełnią zmysłów, co nie do końca godziło się z wizją rodziny, ale czego właściwie można było się spodziewać po córce Jasia Wędrowniczka? Gdy Archimedes Q. Porter wracał, Jane mogła godzinami, godzinami słuchać o jego odkryciach, przeżyciach i tym sposobem nigdy nie czuła się osierocona, samotna. Kiedyś i Ty zobaczysz dżunglę, moja mała Jane...

Była uparta, mimo że panienkom nie wypada. Prawdziwy z niej osioł, tak podsumowywały ją ciotki. Jej delikatna aparycja sprawiała, że drobny uśmiech, trzepnięcie rzęsami często wystarczały, by pozwolono jej na coś, czego teoretycznie nie było jej wolno. Eksponat A: nie wypada rozmawiać z obcymi, więc pod żadnym pozorem nie ma tego robić. Etykieta wymaga formalnego przedstawienia przez znajomego, toteż teoretycznie tylko przez formalne przedstawienie przez znajomego można poznać Jane Porter. O, ale ona tak bardzo chce dać się poznać! Chodzi po Londynie, w drogich butach, drogich ubraniach i marzy o tym, żeby nie dostawać zaproszeń na bankiety z najbogatszymi ludźmi w stolicy, więc rozmawia, zaczepia i próbuje zapomnieć o śmiesznych tytułach, czy pozycjach społecznych, które przecież i tak w zasadzie nic nie znaczą. Nie w tropikalnym lesie.

Lato spędzała na wsi i to tam, z książką w ręku, w swoje dziewiętnaste urodziny usłyszała plotki o nowym adoratorze, spadkobiercy Banku Anglii. Nic jej tak nie przerażało jak wizja natychmiastowego ślubu, siedzenia w domu, rodzenia dzieci i wduszania im do głowy tej samej wiedzy, którą wcześniej usiłowano wdusić jej, z jakimś tam sukcesem, przez tyle lat. Było coś w oddali, w miesiącach poza domem, w lasach, trawie, nieokrzesanych zwierzętach, co zawsze jej imponowało, co sprawiało, że Anglia wydawała się pusta, niewystarczająca. Z uśmiechem przyznała, że niestety, ale tym razem towarzyszy ojcu. Gdy wróci, to wszystko się poukłada. Ale jeszcze nie teraz. Świat stał otworem, walizki na pokładzie- była gotowa odkrywać, mimo że damom nie przystoi.

Nigdy nie doświadczyła jakiegokolwiek dyskomfortu, toteż podróż była swego rodzaju szokiem dla jej ciała i duszy. Nie mniej jednak w niewygodzie znalazła coś więcej niż niezadowolenie- znalazła wolność i jej konsekwencję. Gdy tylko zobaczyła ląd, gęsty las równikowy, poczuła na skórze gorące powietrze, odkryła radość jakiej nie doświadczyła przedtem na Wyspach Brytyjskich. Z niedowierzaniem spojrzała raz jeszcze na swoje bagaże. Po co jej te gorsety? Po co suknie? Zaciskając dłonie na notatniku, z szerokim uśmiechem i łzami w oczach weszła na ląd. Temperament wojownika w satynowej płachcie. Dotarła do Afryki.




3 komentarze:

  1. Jedną z największych przyjemności w dżungli jest polowanie i zabijanie - wszystko wokół wydaje się wtedy o wiele bardziej nasycone. Serce bije silniej, podeszwy stóp obłażą niby mrówki, choć żadna nie odważy się wspiąć. Pierś wypełnia się głębokim oddechem, walę w nią wtedy pięściami na znak nieustraszoności, a mój okrzyk przenika uszy wszystkich. Spryt. Zęby bez większego trudu radzą sobie z gryzieniem surowego mięsa, ale nie mogą się równać z potężnymi kłami małp.

    Czym zawinił mi ten ptak? Zwyczajnie mi podpadł. Od kilku pełni księżyca moje plemię zajmuje te same okolice dżungli. Jedzenia mamy w brud i jesteśmy w stanie odstraszyć inne plemiona od naszych terenów. Upatrzyłem sobie posłanie na konarach
    najdorodniejszego drzewa i tylko ja jestem godny na nim spoczywać, nikt inny się nie ośmieli. Moje warknięcia, ryki jakby sam gepard rozwarł paszczę, pomagały na jeden zachód słońca, może dwa. Dziś uprzykrzył mi życie ostatni raz. Zbudził mnie smród; nasrał tuż przy mojej głowie, teraz bezkarnie stroszy pióra na przeciwległej gałęzi. Tak, zabijam z zemsty, to przestroga dla innych. Po ułamaniu mniejszej gałęzi zważyłem ją w dłoni, tym samym upewniając się, że byle powiew wiatru nie spłata mi figla i cisnąłem nią w cel. Rękami przytrzymując się rozwidlenia, na którym kucałem, mocno się wychyliłem. Tak, widzę go! Przetrąciłem mu skrzydło, trzepoce się na ziemi. Sprawnie przeskakuję na niższe partie drzewa, wreszcie ląduję na czworaka. Kładę go sobie na obie dłonie i słucham jego zawodzenia. Nie wiem, jak nazwać to uczucie, gdy trzymam los kogoś tak mało istotnego w garści ale jedno jest pewne; będę do niego wracać. Palce przesuwam pod pierzasty karczek, oplatam go...trzask, do samego końca patrzę mu w ślepia. Główka rozbryzguje się tuż przy moich stopach, lecz mnie interesuje tylko tułów. Skrzydła są liche, też odrywam. Syty żołądek nie woła o mięso, ale zjem je z szacunku. Obrywam ciałko z piór, nim zatopię zęby. Więcej w nim krwi, ciepłej krwi niż reszty, więc głównie wysysam. Garstka flaków wypada mi spod palców, oblizuję je do czysta. Spełnienie zachcianki pobudza mnie w sposób, którego nie rozumiem. Dlaczego teraz zagnieździła mi się w głowie tamta kobieta ze statku? Nie myślałem o niej w ten sposób, gdy z uporem uczyła mnie ich mowy. Ona i jej...pamiętam, że oboje nosili coś połyskującego na tym samym palcu.
    ***

    OdpowiedzUsuń
  2. W odróżnieniu od twarzy, poskręcana gęstwina okalająca sterczącego penisa mi nie przeszkadza. Gdy byłem mniejszy i gładki pod brzuchem, musiałem ostrożniej poruszać się skacząc z gałęzi na gałąź, inaczej często się kaleczyłem. Teraz mi się to nie zdarza. Palce jakby bez mojej wiedzy owijają się wokół członka i pieszczą go ruchami w górę i w dół. Wolną rękę opieram o korę drzewa, serce zaczyna mi coraz szybciej uderzać o żebra, fala gorąca rozlewa się po szyi, pnąc się coraz wyżej. By utrzymać podniecenie, czepiam się mglistych wspomnień o jej sylwetce pochylającej się nade mną; nie wiem, czy formujący się w głowie obraz ciężkich, opiętych pod materiałem piersi był prawdziwy, czy to tylko moja desperacja. Skupiam się na powolnym masowaniu kciukiem mokrego żołędzia. To nie mój pierwszy raz, więc wiem, że im więcej czasu temu poświęcę, tym dłużej będę szczytował. Prącie pęcznieje, nabiega krwią. Oddycham ciężej, sunąc ku nasadzie i z powrotem.
    Zduszony krzyk dobiega mnie w momencie, gdy wyzbyty cierpliwości posuwam się do gwałtownych ruchów. Dłonie lepkie od mlecznej cieczy raptownie odrywają się od źródła rozluźnienia, które w pełni nie nastąpiło. Mięśnie bezwiednie się spinają, ale chucherko przede mną okazuje się niewarte zachodu. - Jane Porter - gardło artykułuje chrapliwe dźwięki, nawykłe do wydawania zgoła innych głosów. - Przyjemność? - powtarzam, nie pojmując znaczenia. Schylam się po przydeptany kapelusz, z nim w garści wolno okrążam obcą. - Podobny...- w ostatnich tonach przebija powarkiwanie, podbite irytacją.

    OdpowiedzUsuń
  3. Palce przesuwają się po materiale, wpadają w zagłębienie, czuję nieodpartą chęć, by samemu nałożyć go na głowę. Zbyt płytki, by nasunąć go na czoło, jak oni mają w zwyczaju. Po co to robią? Prędko dotarło do mnie, jakie to niedorzeczne. Ta mieszanina odrazy i żywego zainteresowania, jaką mnie obdarza...niepewność w jej ruchach, zupełnie jak u antylopy, która tkwi z jedną łapą
    oderwaną od ziemi, nie wiedząc, czy to już pora, by salwować się ucieczką, czy jeszcze nie. Nie widzę niczego zdrożnego w folgowaniu własnym potrzebom, jednak podskórnie traktuję to jako akt poświęcenia się w pełni sobie, na pewno bez asysty kogokolwiek z plemienia, tym bardziej obcego, kto wtargnął na moją ziemię.
    Im bliżej podchodzę, zacieśniając krąg wokół niej, tym lepiej czuję, jak jej zapach odcina się od wszystkiego, czym przepełniona jest dżungla. Woń strachu, jaką roztacza, tylko mnie napędza. Jednocześnie ostatnie, czego bym chciał, to jej krzyk, mogący zwabić innych. Mruży powieki, ale ilekroć je rozchyla, wie, że ja nie odpuszczam, a odrzucająca ją krew co najwyżej zaschnie, lecz nie wyparuje. Wolną dłonią wodzę po okolicach serca, wspinam się na mostek, trę dłużej po gładkim policzku, wreszcie nawijam na palec jeden z loków. Tak miękkie, gładkie mimo rozwiania, jakby długo je układała. Kapelusz ponownie ląduje u stóp, bo jej dłonie przykłuły moją uwagę. Porównuję obie, chwytając je swoimi, pocieram i uderza mnie własna szorstkość i zgrubienia skóry. Rozczapierzam jej palce, przykładam moje; struktura naszych kości znacznie się różni, nie jesteśmy podobni. Kręcę przecząco głową. Znów przydeptuję nakrycie, mając nadzieję, że pojmie, co mam na myśli.
    - Jest podobny. Wy to nosicie...wszyscy? Po co? - Nie rozluźniając uścisku, jedną dłonią wskazuję jej głowę. Pytanie o imię zbywam, podobnie o...kontygnent, kontynent, kraj? Oni próbowali mnie tego uczyć, pokazywali mapy...przez wspomnienie o tamtych chwilach zaczynają kiełkować pretensje do samego siebie, dlaczego nie skorzystałem z okazji poznania innego świata. Może nie byłem gotowy. A co, jeśli przysłali teraz kogoś innego, kolejną załogę na statku, by mnie tam ściągnąć? Dziedzica, tak mnie nazwali. Ta wewnętrzna walka staje się ciężka do strawienia, bezwiednie obnażam zęby. Lekko się pochylam, by móc obwąchać jej włosy, ale to okolica, gdzie pod skórą szaleńczo pulsuje tętnica szyjna, bardziej mnie ciekawi. Mówi o emocjach. Rozgorączkowaniu. Przeciągam po tym miejscu nosem. - Czego tu szukasz? Inni... gdzie są?

    OdpowiedzUsuń