Nie potrafisz zgrabnie artykułować myśli. Wyrażasz się mnogością grymasów, spojrzeniem, spięciem mieśni, pohukiwaniem o różnej tonacji, naśladowaniem zwierzyny. Język po omacku obija się o podniebienie, możesz wylizać nim rany, jak nauczyła cię Kala, ale nie znajdujesz biegłości sprzed lat. Ilu lat - nie wiesz, pamiętasz tylko, że dzień po ich odpłynięciu obudziłeś się z czymś lepkim na pachwinach, dziwnie pobudzony, a zarazem rozluźniony. Obwąchałeś się; podobny zapach ciągnie się za małpami, gdy zachce im się parzyć. Tu nie ma nikogo, z kim mógłbyś to robić.

Rytm dnia dyktuje ci instynkt, samopoczucie, głód. Przeglądasz się w wodzie, usta ledwo widać spomiędzy gęstego zarostu, czerwonego od zaschniętej krwi. Jest już prawie tak długi, jak włosy na głowie. Otwierasz usta szerzej, by paznokciami wydłubać skrawki surowego mięsa spomiędzy białych zębów. Schylasz się, by chłeptać wodę, co też pojąłeś dzięki Kali. W książkach ojca wszyscy mają gładkie twarze, a ty? Boisz się, że zarośniesz tak jak małpy i nie sposób będzie cię od nich odróżnić. Potrafisz jedynie chwycić za ostrze i bolesnymi szarpnięciami ściąć to jak najbliżej skóry. Gdyby tylko ktoś zaznajomił cię z brzytwą, odsłoniłbyś szlachetne rysy, dowód nie byle jakiego pochodzenia. Bez obaw, ożywienie i inteligencja, przebijająca z oczu, nie pozwoli ci stopić się z bezrozumną masą. Kaskady czarnych włosów, obcięte z przodu czoła nożem, spadają ci na plecy. Wyprostowana, doskonale zbudowana postać z muskułami takimi, jakie musieli mieć najlepsi rzymscy gladiatorzy, posiadająca jednak delikatne kręte zagłębienia greckich posągów bogów, mówi już na pierwszy rzut oka o zadziwiającym połączeniu ogromnej siły ze zwinnością i szybkością ruchów. Mógłbyś być wyobrażeniem jakiegoś półboga, czczonego przez dzikie wojownicze plemiona z dawnych czasów. O takich rzeczach jednak nie myślisz. Nie wiesz, co kryje się za wielką wodą, więc też serca nie zżera ci tęsknota. A może to właśnie tu, właśnie tobie jest dane osiągnąć pełnię ludzkich możliwości? Wcale nie jesteś nieludzki, to twój świat przekroczył granicę człowieczeństwa. Pozostawanie w tych granicach jest czymś niskim i płaskim, zamkniętym w ramach moralności i kodów, zdefiniowanym przez komunały i "izmy".
Rozglądając się wokół nie potrafiła ustalić, czy chodzi w kółko, czy może raczej w kwadrat. O faktycznym zbliżaniu się do celu na tym etapie nie było mowy. Już dawno porzuciła nadzieję, że drogę z powrotem do obozu znajdzie sama. Każda roślina, każdy liść, czy też robak, wyglądał jednocześnie cudownie wyjątkowo, tak jakby był jedynym egzemplarzem, jedynym reprezentantem swego rodzaju, jak i kompletnie tak samo jak swój poprzednik. Tylko i wyłącznie uroki dżungli można było winić za jej chwilowe zapomnienie, rozkojarzenie i niepomną wędrówkę w drogich butach. Niby nie miała się oddalać, ale jak tu trzymać się ‘swojego kąta’ dżungli, gdy cały kontynent stoi otworem! Miała przed sobą zbyt dużo możliwości, a wstrzemięźliwość w obliczu morza sprzyjających okoliczności wydawała się dla niej niemal bardziej egzotyczna niż sama dżungla, w której się znajdowała.
OdpowiedzUsuńPrzez całe swoje życie była więźniem schematów i nie miała najmniejszego zamiaru tego kontynuować, a przynajmniej na tyle, na ile była w stanie tego uniknąć. Dawka adrenaliny, którą poczuła, gdy ojciec zgodził się na wyjazd, zdawała się jej nie opuszczać od tamtego momentu parę miesięcy temu, a odkąd dotarli do Afryki nawet rosnąć w intensywności, chwilowo niemal rozrywając jej płuca z każdym kolejnym krokiem. Uniesienie spowodowane niemożliwym, uniesienie spowodowane tym, że dokonała niemożliwego sprawiało, że nieustannie była jakby w połowie nieobecna. Sama rejestracja wszystkiego wokół zajmowała jej o kilka sekund więcej niż normalnie. Ten ptak? Był tam wcześniej? Dopiero przyleciał? Przyglądał jej się? Nieprawdopodobne, odwróciła głowę w kierunku kupki barwnych piór, czując na sobie uważne spojrzenie nielota.
Z uśmiechem zrobiła kilka kroków w jego kierunku, rozważając skąd to zainteresowanie jej osobą. Był środek dnia, jednak w gęstym lesie zawsze panował niemalże półmrok, toteż gdy zahaczyła sukienką o gałąź w zasadzie nie była zaskoczona czy rozczarowana, aczkolwiek dźwięk rozrywanej tkaniny sprawił, że ptak się spłoszył, a sama Jane Porter z głośnym fuknięciem poleciała na ziemię. Na myśl o tym, co pomyślały by o niej teraz ciotki niemal wybuchła śmiechem- jej cienka beżowa sukienka do kostek była pokryta zielonymi przetarciami i błotem, nie wspominając już nawet o ewidentnym rozdarciu, czy też niezliczonej ilości loków, które wymknęły się jej spod kapelusza. Nie wyglądała jak godny reprezentant swojego majątku.
Powoli się podniosła i strzepując przy tym piasek z rękawiczek, ruszyła w kierunku, w którym przed chwilą zniknął jej ptasi podglądacz. Po kilku krokach usłyszała dźwięk, którego w gruncie rzeczy najbardziej się obawiała. Quasi-warknięcie, ryk posłał ją niemal galopem w przeciwną stronę. Nie chciała przekonać się co, czy też kto za nim stoi, toteż mimo absolutnego braku kondycji, acz w stanie zdecydowanej paniki, przedzierała się przez chaszcze dżungli w ekspresowym tempie. A wszystko tylko po to, żeby po chwili natknąć się na coś równie, jak nie bardziej, przerażającego.
Wpadła prosto na człowieka pokrytego krwią.
UsuńWidok sprawił, że cofnęła się o dwa kroki, zupełnie zapominając o całym skomplikowanym procesie ucieczki, który przeżyła kilka chwil temu. Jako panienka nigdy nie widziała tak drastycznej sceny i w efekcie zrobiło jej się słabo. Zszokowana, podparła się o najbliższe sobie drzewo i głośno wciągnęła powietrze przez zęby. Był ranny? Nie, pokryte krwią były tylko i wyłącznie jego twarz i ręce, a źródło, źródło leżało na ziemi. Ten ptak, jej ptak! Cały w, w…. W częściach! Nie wiedziała kim jest mężczyzna przed nią, ale to barbarzyństwo, które się tu rozegrało, sprawiało, że nie mogła ruszyć się z miejsca. Stała jak wryta, wpół oparta na drzewie i obserwowała, z rozszerzonymi oczami i otwartą buzią. Wzrok powędrował jej za kapeluszem, który zgubiła w najmniej fortunnym momencie- leżał obok nóg tej, tej bestii!
Nie spodziewała się nikogo spotkać, ale ostrzegano ją, że afrykańskie plemiona są nieprzewidywalne. Tylko, że pod warstwą brudu, błota, piasku, widziała śniadą cerę i w efekcie w ogóle nie rozumiała z kim ma do czynienia. Czyżby był to któryś z wcześniejszych brytyjskich przybyszy? Zgubiony w dżungli, uznany za zmarłego? Słyszała legendy, ale nie ośmielała się w nie wierzyć. Król dżungli, dzikus, dziecko wychowane przez małpy. Niemożliwe. Na pewno to wyjaśni, na pewno jest jakieś logiczne wyjaśnienie. Wyprostowała się.
- Jane Porter- powiedziała z przekonaniem, z niejaką elegancją, która, mimo że zawsze jej towarzyszyła, teraz wydawała się wyjątkowo nieodpowiednia. - Jestem tu z moim ojcem, profesorem badającym zwierzęta w regionie. Zgubiłam drogę do nasz… - przerwała w połowie zdania, zakłopotana jego intensywnym spojrzeniem, wyglądem, zapachem. -Z kim… Z kim mam przyjemność? -spytała, tak jakby spotkali się na bankiecie, kierując wzrok ku ziemi, aczkolwiek tak by zdalnie ominąć wszystko, co zwiększało szansę stracenia przytomności.
Bez skutku, bo to właśnie wtedy TO zauważyła. Gdy tak pięknie, posłusznie, spuszczała wzrok. Ewidentnie przerwała nie tylko proces rozrywania zwierząt, jedzenia, czy bóg wie jak ten dzikus to widział(!), ale i więcej! Intensywny czerwony rumieniec wypłynął jej na policzki, tego było dla niej za wiele. Krew, surowe mięso, a teraz jeszcze, teraz jeszcze to…
Powstrzymując ciągnący się na usta krzyk, szybko zamknęła oczy, wyciągając rękę przed siebie, w marnej próbie zakomunikowania towarzyszowi, żeby trzymał się od niej na dystans.
-Przepraszam, przepraszam. Ja nie chciałam…
Czuła się mała, nieważna, nieistotna przy tym nagim, przy tym potencjalnie groźnym, innym, nietypowym mężczyźnie. Usilnie trzymała się swojej nieśmiałości, swojego dobrego wychowania. I czuła, że przegrywa walkę ze swoim zakłopotaniem. Robiło jej się ciepło na myśl o nim, przed nią, takim. W tej pozycji, w tym negliżu nie umiała znaleźć jakiegokolwiek spokoju, bo sama nagość była dla niej na tyle obca, że jedynym sposobem w jaki umiała reagować to kulenie się w środku i kierowanie oczu ku górze, bo przecież w końcu wypadało oczy otworzyć. Przygryzła wargę, widząc jak jego ręce- brudne, duże, dzikie, zmierzające w stronę jej eleganckiego kapelusza, ale nie potrafiła się odezwać, zaprotestować, więc ciągle walcząc z wewnętrzną burzą jedynie obserwowała.
OdpowiedzUsuńUniosła brew, słysząc jego słowa. Zdążyła zapomnieć, że próbowała być poważna, odpowiednia, odzywać się tak jak oczekiwałaby tego jej ciotki w Anglii. I nawet nie wpadło jej do głowy, że powinna się dostosować, że była poza miastem, poza krajem, poza kontynentem, a człowiek przed nią wyglądał jakby miał więcej wspólnego z małpą, niż rasą ludzką. Jego warczenie jeszcze bardziej wytrąciło ją z równowagi, bo w zasadzie zupełnie się tego nie spodziewała. Nie była przyzwyczajona do tego tonu, to takiej agresji wyrażonej w kilku marnych słowach. Zwinęła dłonie w pięści i zauważyła, że zostawiła jedną z rękawiczek gdzieś w dżungli i pewnie już nigdy jej nie odzyska. W marnej próbie uspokojenia się, zdecydowała się złapać z przybyszem kontakt wzrokowy. Przerażał ją i fascynował. Jego oczy zdawały się skrywać typ tajemnic za którymi Jane Porter goniła całe życie. Miała poczucie, że człowiek przed nią wiedział co to znaczy naprawdę żyć. Wydawało jej się, że zna prawdziwe znaczenie bólu. A jednocześnie był taki… Dziwny, jakby niespełna umysłu, jakby nie pełny, jakby w połowie zapomniany. Naprawdę, z kim Jane Porter miała przyjemność?
-Tak, Jane Porter. - powiedziała ostrożnie, próbując nie wywoływać w nim więcej irytacji. - Mam na imię Jane Porter.- powiedziała delikatnie, jakby do dziecka, powoli, co wydawało jej się co najmniej absurdalne, biorąc pod uwagę okoliczności.- Jakie jest Twoje imię? – spytała bezpośrednio, zadziwiając przy tym siebie samą. Już od dawna nie odezwała się do obcego mężczyzny ‘na Ty’, a już tym bardziej obcego mężczyzny w tak kompromitującej pozycji. Nie żeby była kiedykolwiek w sytuacji, która dałoby się przyrównać do tego, czego aktualnie doświadczała. – Podobny? – zmarszczyła brwi i przełknęła ślinę. Chciała zrozumieć, nie tylko żeby go nie denerwować, ale i po to by przyswoić kim był. Co robił. Jak. – Jesteś podobny? Jesteśmy?
Jego bliskość sprawiała, że z jednej strony miała ochotę uciec, z drugiej zmniejszyć dystans między nimi. Chciała go wykąpać, uczesać, oswoić, a jednocześnie nie zmieniać i sama zerwać z siebie chusteczki i warstwy, byle by biec z tym barbarzyńcą na koniec świata. Kręciło jej się w głowie od tego emocjonalnego haju, którego doświadczała. Usilnie starała się strategicznie umieszczać wzrok w okolicach jego twarzy, niecały czas z dużym sukcesem, acz widok krwi ciągle sprawiał, że przegrywała wewnętrzną walkę, mrużąc powieki.
-Jesteś z Ameryki? Z Anglii? – pytała, nie mogąc ustalić jego akcentu, acz usilnie starając się zrozumieć z kim ma do czynienia.
Wciągnęła powietrze przez zęby zauważając, że sposób w jaki ją okrążał raz jeszcze przypominał zachowanie zwierząt, które droczyły się z ofiarą. Niedobrze.